Quo vadis Kłokoczyce ?
marekamc,07.04.2010
QUO VADIS – KŁOKOCZYCE ?
Kiedy sprowadziłem się na Kłokoczyce na początku lat dziewięćdziesiątych z dużego blokowiska czułem się tak jakbym trafił w inny wymiar, w inny świat. Miasto ze swoimi problemami, wąskimi parkingami, ciągle śpieszącymi się ludźmi stało się nagle odlegle i jakby mniej realne. Kłokoczyce miało wtedy swój nieodparty urok. Już nie wieś ale jeszcze jakby nie miasto. Wspaniały klimat, ciekawi ludzie, cisza, mnóstwo pól uprawnych, prężne gospodarstwa rolne. Konie, krowy, spora hodowla baranów... Nawet sklepy były dwa, chociaż ludzi mieszkało mniej. Żyło się spokojnie bez telefonów ( jedna budka telefoniczna stała koło mostu ), internetu, kanalizacji, wodociągów, z jednym autobusem jeżdżącym co godzinę, ( niektórzy pamiętają dwa )...ot taki sielski klimat, miejsko-wiejski. Wąska, źle wyprofilowana droga biegnąca wśród zielonych działek i pól uprawnych, łączyła Kłokoczyce z wiaduktem na Psim Polu i resztą świata.
Później w latach raczkującej gospodarki rynkowej nagle przestało się cokolwiek opłacać. Nie zobaczycie już kolorowych pól uprawnych, nie ma już gospodarstw rolnych, za wyjątkiem jednego czy dwóch hobbystów – desperatów. W zamian za to do Kłokoczyc zaczęła docierać cywilizacja. Kosztem dołożonych pieniędzy przez mieszkańców pojawił się wodociąg, telekomunikacja ( już ze swojej puli ) położyła kable. Mamy więc wodę i ciągłe problemy z telefonami oraz internetem. Na tym też zakończyła się era nowoczesności w Kłokoczycach.
W międzyczasie przyszedł 1997 rok i powódź. Mieszkańcy sami sobie tylko zawdzięczają, że nikt nie ucierpiał w czasie jej trwania. Chociaż istniało realne zagrożenie brak było wsparcia oraz rzetelnych informacji. Powódź najprawdopodobniej na tyle uszkodziła mosty na rzece Dobrej, że obydwa zostały poddane gruntownej przebudowie. Chyba powinniśmy podziękować opatrzności, że się mosty „rozjechały” po inaczej parkowalibyśmy chyba na działkach pracowniczych i do naszych „rancz” dopływali pontonem. Niestety mosty nie poprawiły sytuacji mieszkańców i wyjazdu z Osiedla do Centrum. Żeby ominąć korki często-gęsto jeździmy po poligonie na Sołtysowicach. Ot taki folklor.
W XXI wiek wkroczyliśmy z dumnie podniesioną głową. Obiecany łącznik Pawłowicki, plany autobusu co 20 minut oraz połączenie komunikacyjne z Pawłowicami i Sołtysowicami przez nowy most miały nasze osiedle rozwinąć ponad miarę. Nawet z tego wszystkiego dokonano melioracji rzeki Dobrej i oczyszczono Widawę. Wspominano o budowie nowego osiedla domków jednorodzinnych... i wszystko okazało się błędem Matrixa.
Po długich perturbacjach pewnego pięknego dnia na Kłokoczycach otwarto basen. Co prawda brak było jakiegokolwiek cienia, bo zapomniano o drzewach ale za to nie zapomniano o nalaniu wody. Super zimnej wody. Taki ukłon dla Klubu Morsa. Sporty ekstremalne. Przy okazji wyremontowano ze dwieście metrów drogi przy basenie i zrobiono parking. I co ciekawe zaczęły świecić wszystkie latarnie na Kłokoczyckiej. Wszystkie to trochę zbyt dużo powiedziane, bo między rzeką Dobrą a Osiedlem domków na Kłokoczycach nigdy latarni nie było. No bo jaki jest sens oświetlania źle wyprofilowanego zakrętu ? Jedno auto co pół roku w rowie to zjawisko normalne w mieście...
Można wspominać i pisać...pisać ...pisać.
Rzeczywistość nie jest już taka różowa. Nawet nie rysuje się zbyt różowo. W dalszym ciągu ze światem łączy nas jedna drogopodobna nawierzchnia, która może służyć Szwajcarom za wzór do produkcji sera ze słynnymi dziurami. Nawierzchnia koło basenu uległa biodegradacji i wyraźnie widać jak pięknie przełamała się wzdłuż drogi. Mamy za to śliczne przystanki przy działkach, łącznie z gustownymi chodnikami oraz nową drogę prowadzącą od końca Kłokoczyc, aż do działek na Sołtysowicach. Chwała za to działkowcom bo musielibyśmy już dawno przesiąść się na czołgi by dostać się do miasta wtedy, gdy na Sobieskiego jest jak zwykle gigantyczny korek. Jedyna droga łącząca nas ze światem, gdy nasza Kłokoczycka się w końcu rozpadnie to właśnie ta stworzona dzięki inicjatywie cyklicznie pojawiających się działkowców.
Szkoda, że działkowcy nie podłączają na ogródkach gazu, kanalizacji oraz telewizji kablowej. Może i mieszkańcy Kłokoczyc by na tym skorzystali.
Cóż powiedzieć...
U nas i tak jest najlepiej. My mieszkańcy mamy swój prywatny basen, przy ulicy Czerwonych Maków. Po każdej ulewie do jedynego sklepu możemy sobie dopłynąć, bo o przejściu to trudno mówić. Wspaniałymi wirtualnymi chodnikami udajemy się w stronę przystanku z lat, gdy Edward Gierek pamiętał jeszcze swoją młodość. Jedyna taka wiata przystankowa w mieście. Mamy również obok przystanku pojemniki na surowce wtórne. Każdy może sobie wyrzucić niepotrzebne przedmioty.
Jak ktoś ma za daleko do kontenerów to sobie może wyrzucić zbędne przedmioty w okolicznych krzakach. Z tego powodu, gdy tylko kończą się zabudowania przy Białych Goździków zaczynają się przepiękne w swojej urodzie stosy rzeczy zbędnych i niechcianych. Kontenery na odpady były w zeszłym roku, ale również stały za daleko...lasek był jakoś zawsze bliżej...
Zabawny jest ten znak co Miasto postawiło z ograniczeniem prędkości do 30 km/h przy wjeździe na Osiedle. Jego też interpretujemy po swojemu. Według wielu nigdy nie należy jechać wolniej jak 30 km/h. Z reguły najlepiej 70 km/h. Zwiększa to bądź co bądź prawdopodobieństwo przefrunięcia nad dziurami.
Najnowszy wynalazek powstał przy wyjeździe z ulicy Zakrzowskiej w lewo na wiadukt i dalej do Centrum. Spróbuj tutaj skręcić ! Próba wyjazdu z reguły kończy się na polowaniu na kawałek wolnej przestrzeni, gdy auta z jednej i drugiej strony mkną sobie nie zwracając uwagi na wyjeżdzających. Niektórzy tutaj również zawracają, zjeżdzając z wiaduktu od strony Psiego Pola co dodatkowo komplikuje i tak już trudny wyjazd.
My desperaci, potomkowie ułanów, ruszamy dziarsko nie lękając się aut wjeżdzających i zjeżdzających z wiaduktu. Ślady naszych szarż znaczymy szkłem na ulicy i plastikowymi odłamkami naszych maszyn na wiadukcie. Po prawdzie to przyjezdni nie znając specyfiki tego wyjazdu znaczą ślady swojej obecności. Aż dojdzie do tragedii to może wtedy ktoś zajmie się regulacją ruchu w tym rejonie.
Chociaż osiedle rozwinęło się bardzo od tamtych lat dziewięćdziesiątych, powstały nowe firmy, powstało wiele nowych zabudowań, wprowadziło się sporo nowych osób, to nie stało się już nic więcej nowego.
Osiedle tkwi w maraźmie i stagnacji, nikt się nie interesuje naszymi sprawami. Nie myśli się o rozwiązaniach przybliżających nas do Europy. Coraz częściej nachodzi mnie taka refleksja, że w każdym mieście musi być jakiś jeden skansen. We Wrocławiu padło na Kłokoczyce.
marekamc
